Magia początku życia

Wieczór Zofia Stryjeńska

 

Dar przekazywania życia jako najważniejszy akt biologiczny zapewniający ciągłość gatunku ludzkiego związany jest w każdej społeczności z licznymi wierzeniami, obrzędami i rytuałami. Zwłaszcza rozwój utajonego życia w łonie matki, niezgłębiony rozumem ludzkim i niepoparty fachową wiedzą medyczną pozostawiał pole do popisu wyobraźni i magicznym wyobrażeniom. Narodziny nowego członka społeczności niosły ze sobą wielkie ryzyko utraty życia przez matkę i dziecko, dlatego ogromną wagę przywiązywano nie tylko do techniki odbierania porodu, ale też do rytuałów mu towarzyszących z pogranicza chrześcijaństwa i pogańskich obrzędów. Cykl zwyczajowy i obrzędowy związany z narodzinami miał na celu dobro dziecka, ochronę przed „złem”, zapewnienie mu pomyślnego rozwoju i miejsca w społeczności.

 

Płodność

                             

               W akcie przekazywania życia najważniejsza jest kobieta, ponieważ to w jej łonie rozwija się dziecko i ona wydaje je na świat. Wiedza biologiczna ludności wiejskiej oparta była na obserwacji przyrody, dlatego organizm matki rodzicielki przez analogię przyrównywany był do kwiatu i owocu. Dziewczyna zakwita i miesiączkuje, czyli ma swój kwiat, dzięki któremu staje się płodna i zdolna jest do macierzyństwa. Obserwowano, że dojrzewanie owocu wiąże się z czasowym zaprzestaniem kwitnienia. Pojawiający się co miesiąc kwiat stanowił tak niepojętą tajemnicę kobiecej płodności, że traktowany był jako stan dziwny, tajemniczy i przez to groźny dla otoczenia, co wiązało się z licznymi nakazami i zakazami izolacyjnymi. Wierzono, że miesiączkująca kobieta jest nieczysta i może wywierać zły wpływ na wszystko, z czym się zetknie, a zatem na ludzi, a w szczególności na mężczyzn, zwierzęta, płody ziemi, żywność i przedmioty. Dlatego też kobiecie nie wolno było w tych szczególnych dniach spotykać się z ludźmi i uczestniczyć w tradycyjnych obrzędach, a także siać, flancować, zbierać plonów, piec chleba, wyrabiać ciasta, kisić ogórków i kapusty, czerpać wody ze studni czy doić krów. Kobieta miesiączkująca nie mogła przez kilka dni brać na ręce swojego dziecka i mieć kontaktów seksualnych z mężem. Na wschodzie Polski w XIX i jeszcze na początku XX stulecia, kobiecie miesiączkującej nie wolno było chodzić do kościoła i przystępować do komunii, a także odwiedzać cmentarza. Zważywszy na fakt, że życie kobiet wiejskich polegało na ciężkiej pracy, dni periodu i związanej z nim izolacji ograniczającej jakąkolwiek aktywność wiązały się z czasem wypoczynku. Ze względu na pojawiające się wtedy nie najlepsze samopoczucie u wielu kobiet ograniczenia te mogły być akceptowane, a nawet wyczekiwane. Jednak pamiętajmy, że był to wypoczynek przymusowy i narzucony przez zwyczaje społeczności.

               Z drugiej strony żeński kwiat, czyli krew menstruacyjna, której się tak obawiano, służyła jako najlepszy afrodyzjak wykorzystywany przez czarownice w magii uwodzenia. Ta miłosna mikstura wzbudzała ponoć w mężczyznach wielkie pożądanie i często była wykorzystywana przez młode panny, które chciały nakłonić swoich wybrańców do namiętności. Jednak jej zaspokojenie mogło nastąpić dopiero po ślubie. Kontakty fizyczne kobiety i mężczyzny akceptowane były tylko w małżeństwie. Traktowano je w kategoriach powinności, a nawet obowiązku i służyły przede wszystkim celom prokreacyjnym. Nie było mowy o spełnieniu i satysfakcji, nawet jeśli w niektórych przypadkach miały miejsce i towarzyszyły intymnemu pożyciu małżonków. Wszelkie pozamałżeńskie, jak i przedmałżeńskie kontakty seksualne były surowo potępiane przez społeczność wiejską. Mówiło się o nich ślub pod płotem lub psie wesele. Jednak wszystkie społeczne i realne konsekwencje takich namiętności ponosiły kobiety. Dezaprobata społeczna w odniesieniu do seksualnych aktów pozamałżeńskich nie dotyczyła w ogóle mężczyzn. Oni zgodnie ze swoją naturą muszą się wyszumieć. Do ciężarnych panien natomiast odnoszono się z pogardą i według społecznej opinii to one ponosiły całą winę za złe prowadzenie się. Niestety nie miały najczęściej wsparcia nawet w rodzinie, ponieważ hańba dziewczyny w ciąży spływała także na jej bliskich. „Lekkie” dziewczęta, czyli takie które bez ślubu zadawały się z mężczyznami, wytykano palcami i nazywano latawicami, puszczalskimi, łajdaczkami, ladacami, wytrzykątami, tłukanicami, małpami, sukami, maciorami, przeskoczkami, albo zawitkami. Wraz z cnotą dziewczyna traciła także szansę wyjścia za mąż. Trudno się dziwić, że w ten sposób stygmatyzowane kobiety w sytuacji, w której potrzebowały pomocy i wsparcia, a otrzymywały odrzucenie i pogardę, starały się za wszelką cenę pozbyć dowodu swej hańby i spędzić ciążę. 

               Dawne sposoby zapobiegania ciąży sprowadzały się głównie do irracjonalnych magicznych zaklęć i zabiegów mechanicznego usuwania płodu, które najczęściej kończyły się tragicznie. Przerażone groźbą nieślubnej ciąży uwiedzione panny lub niewierne żony o północy pod drzewkiem jabłoni lub wiśni, skrobiąc korę, wypowiadały zaklęcia: noś za mnie, a ja zakwitnę za ciebie. Kiedy to nie skutkowało, próbowały się pozbyć płodu poprzez dźwiganie ciężarów, skoki z dużej wysokości, gorące kąpiele i okłady, wtryskiwanie do dróg rodnych roztworu mydła z jodyną, picie wywaru z jałowca lub kąkolu czy nawet użycie ostrych przedmiotów. Tragiczną sytuację wiejskiej dziewczyny, która zostaje uwiedziona przez majętnego panicza, opowiada polska opera narodowa Halka z muzyką Stanisława Moniuszki. Zrozpaczona i porzucona wiejska dziewczyna Halka porzuca swoje dziecko i popełnia samobójstwo. 

                                                                                                                                                    Oprac. Karolina Fiszer

 

Na podstawie:

Zwyczaje i obrzędy narodzinowe, M. Tarko w Kultura Ludowa Wielkopolski, Red. J. Burszta

Polskie tradycje i obyczaje rodzinne, B. Ogrodowska

 

 

 

 


powered by