„Wzięliśmy ci matko poganina, przynosimy ci chrześcijanina”, czyli o ceremonii chrztu.

               Najważniejszym obrzędem przyjmującym niemowlę do wspólnoty wyznaniowej Kościoła jest chrzest. Pierwszy w życiu człowieka sakrament połączony z aktem nadania imienia zmazuje grzech pierworodny i czyni dziecko chrześcijaninem. Rytuał chrztu dokonuje się przez polanie dziecka wodą, nałożenie białej szaty niewinności oraz odmówienie odpowiedniej modlitwy. Najważniejszą rolę w ceremonii chrztu odgrywają poza chrzczonym dzieckiem i kapłanem rodzice chrzestni, zwani kumami, kumotrami lub putkami. To oni stają się obrzędowymi opiekunami nowo narodzonego i w jego imieniu wyznają wiarę, wyrzekają się szatana i przyjmują obowiązek duchowego i religijnego wsparcia oraz wychowania w duchu chrześcijańskiej moralności. Mają też pomagać naturalnym rodzicom we wszelkich obowiązkach opiekuńczych aż do osiągnięcia przez chrześniaka dorosłości. Uczestniczą w ważnych wydarzeniach życiowych i uroczystościach z okazji przyjmowania kolejnych sakramentów – I komunii świętej, bierzmowania – oraz zawarcia małżeństwa. Ponadto troszczą się o chrześniaka, a w razie śmierci rodziców przejmują opiekę i ponoszą koszty utrzymania oraz edukacji. Z uwagi na istotną rolę, jaką w życiu dziecka odgrywają rodzice chrzestni, ich wybór nie był przypadkowy. Wierzono, że chrześniak przyjmuje cechy swoich rodziców chrzestnych, dlatego wybierano osoby uczciwe i cieszące się powszechnym szacunkiem, a także majętne, aby w razie potrzeby wspierały podopiecznego. Kumami zostawały zazwyczaj osoby z najbliższej rodziny, najczęściej rodzeństwo matki i ojca, bliscy kuzyni, rzadziej przyjaciele. Zaproszenia w kumy nie można było odrzucić, bo groziło to chorobą, a nawet śmiercią dziecka. Odmowa była też traktowana jako obraza rodziców. Kumowanie wiązało się z wejściem w trwały związek z rodziną dziecka, jak też z drugim chrzestnym. Powszechne było bowiem przekonanie, że rodzice chrzestni zostają ze sobą pokumani już na zawsze. Ich więzy były zatem bardzo silne i nie ustawały do końca życia, jednak relacje te nie mogły przybierać charakteru seksualnego, bo uznawano to za kazirodztwo. Z tego też powodu kumami nigdy nie były małżeństwa ani pary narzeczonych. Chociaż znane jest przekorne ludowe porzekadło: „jak kum kumy nie ruszy, będzie w piekle po uszy”. Istniało też przeświadczenie, że para, która wspólnie kumowała dwa razy, pobierze się na pewno, nawet jeśli pierwotnie nie miała takiego zamiaru, a ich małżeństwo będzie bardzo szczęśliwe.

               Ceremonia chrztu odbywała się wkrótce po narodzinach ze względu na bardzo wysoką śmiertelność niemowląt na wsi. Wierzono, że gdyby dziecko umarło bez chrztu, jego duszyczka błąkałaby się po świecie z płaczem, prosząc o święty  sakrament przez całą wieczność. Dlatego nawet chrzest udzielony z wody przez babkę położną sprawiał, że dusza nowo narodzonego szła prosto do nieba i stawała się aniołkiem w bożym królestwie. Nawet kilkudniowe słabowite niemowlęta zanoszono do Kościoła. W takich sytuacjach matka niemowlęcia, nieczysta po porodzie, nie mogła uczestniczyć w chrzcie swojego dziecka, bo nie odbyła jeszcze wywodu, czyli uroczystego błogosławieństwa oczyszczającego w kościele.

               Podczas ceremonii chrztu w Kościele uważnie obserwowano zachowanie dziecka. Ruchliwe i głośnie niemowlęta miały się dobrze chować i zdrowo rozwijać. Dzieciom spokojnym i cichym, śpiącym podczas uroczystości wróżono wczesną śmierć. Najgorszym znakiem przesądzającym o zbliżającym się końcu życia malucha było zgaśnięcie świecy w rękach matki chrzestnej. O wyborze imienia nadawanego na chrzcie decydowali rodzice. Najczęściej było to imię świętego patrona dnia, w którym dziecko się urodziło, lub imię po przodkach – rodzicach, dziadkach i pradziadkach.

               Po sakramencie chrztu, wracając z Kościoła do domu, kumowie wraz z babką często wstępowali do karczmy, by wypić zdrowie ochrzczonego dziecka. Zgodnie ze zwyczajem w drodze do domu matka chrzestna lub babka powinna trzy razy chuchnąć dziecku w usta, po to aby miało lekką mowę, czyli aby dobrze rozwinęły się jego kompetencje językowe. Do domu pierwsi wchodzili kumowie z chrześniakiem, wygłaszając formułki powitalne: „Jużeś jest bez grzechu pierworodnego, to masz miejsce między nami”, „A witajże w domu swoim nowy chrześcijaninie”, „Wzięliśmy ci matko poganina, przynosimy ci chrześcijanina”. Następnie odbywały się magiczne domowe obrzędy mające na celu przyjęcie ochrzczonego dziecka do wspólnoty. Niemowlę kładziono na przykład na podłodze pod stołem, na którym znajdował się nienapoczęty chleb, aby w przyszłości mogło zawsze najeść się do syta. Następnie ojciec podnosił je, trzykrotnie unosił w górę, całował, przytulał i kołysał w ramionach. Rytuał ten był symbolicznym potwierdzeniem ojcostwa i przyjęcia do rodziny. Potem matka chrzestna wyciągała dziecko z powijaków i kładła na chwilę przy matce na pościeli. Następnie pokazywała dziecko i podawała do pocałowania wszystkim obecnym w chacie krewnym i sąsiadom, aby było przyjazne i towarzyskie w przyszłości. Należycie powitane i wycałowane niemowlę obnoszono po domu i zagrodzie. Dziewczynkę matka chrzestna niosła w miejsca znajome dla dobrej gospodyni, czyli do kuchni, do skrzyni z odzieżą, kołowrotka i przyborów do szycia. Chłopiec trzymany przez ojca chrzestnego wędrował w pobliże narzędzi i sprzętów używanych przez dobrego gospodarza domu, a nawet do stajni i szopy. Te domowe wycieczki miały przygotować dzieci do przyszłych obowiązków.  Dawne obrzędy powitalne wydają się nam dzisiaj męczące dla matki i dziecka, a wręcz niebezpieczne dla ich zdrowia. Rzeczywiście słabsze fizycznie noworodki mogły zwyczaj „zbiorowego” całowania i celowego chuchania w twarz w imię prawidłowego rozwoju mowy przypłacić życiem.

               Z okazji chrztu dzieci dostawały podarki i pamiątki „pod główeczki„ lub tradycyjnie zwane wiązaniem, wiązarkiem. Nazwy te wzięły się ze zwyczaju wkładania ich przez matkę chrzestną dziecku pod głowę lub zawiązywania w róg poduszki. W Wielkopolsce każda obecna na chrzcinach osoba wkładała dziecku w poduszkę dar pieniężny. Prezentem matki chrzestnej była zwyczajowo sztuka cienkiego, białego płótna, batystu lub perkalu, zwana w Małopolsce krzyżmem i własnoręcznie uszyte koszulki. Nowo ochrzczeni dostawali również srebrne monety, woreczki z pieniędzmi, medaliki na łańcuszku, święte obrazki czy w bogatych rodzinach srebrne sztućce z wygrawerowanym imieniem. Wśród prezentów na wyrost dzieci otrzymywały skórzane buciki i materiał na ubranko. Wszystkie podarunki miały zapewniać chrzczonemu dostani początek życia i powodzenie w przyszłości. Wedle ludowego przesądu za dary przyniesione na ceremonię chrztu nie wolno było dziękować, aby złe moce nie sprowadziły na chrześniaka nieszczęścia lub choroby.

               Po tych wszystkich ceremoniałach powitalnych można było nareszcie zasiąść przy stole. Poczęstunek domowy zwany był wiązowinami, kołaczynami, balem, bolem lub bolinami i nie bywał nigdy ani wystawny, ani huczny. Wszyscy mieli na względzie, że matka dziecka jest jeszcze wyczerpana porodem i nie jest w stanie przygotować wielkiej uczty. Ponadto na chrzcinach zgodnie z przesądem nie mogło być ani muzyki, ani tańców, bo gdy „chrzciny grane będzie dziecko opłakane”. Jednak nikt z wiązowin nie wychodził głodny ani bez wypicia zdrowia nowego chrześcijanina. Do mocniejszych trunków podawano chleb, placki, kołacze, kiełbasę, a także rosół wołowy, groch i kapustę. Powszechnym zwyczajem było przynoszenie przez gości mięsa, wędlin, jaj, pieczywa, słodyczy, wina i wódki.  Obowiązkiem matki chrzestnej było upieczenie lub zamówienie wielkiej, bo czasami nawet jednometrowej, drożdżowej kukiełki wyplecionej z kilku warkoczy ciasta z rodzynkami i przyprawami korzennymi. Tradycyjny przysmak musiał być zjedzony do ostatniego okruszka za zdrowie i pomyślność chrześniaka. W najbliższą po chrzcinach niedzielę odbywały się poprawiny, czyli powtórzenie przyjęcia dla mniejszego grona biesiadników, tym razem na koszt kumotrów.

 

oprac. K. Fiszer

 

 


powered by